Z takich wędrówek Basia i Hania Łacińskie zawsze nas odprowadzały do wszystkich naszych domów, ale najpierw całą gromadą szliśmy do apteki mamy Tadzia Pyszkowskiego. Lubiłem tam chodzić. Tajemnicze półki z poustawianymi na nich ciemnymi butelkami, słoikami zawsze mnie ciekawiły, a na dodatek takie dziwne znaki na nich były napisane… Na ciemnej ladzie, stojącej na wprost wejścia, umieszczona była waga szalkowa, taka aptekarska, a obok niej rząd malutkich i nieco większych odważników.

Niskiego wzrostu Pani Pyszkowska bardzo lubiła dzieci. Zawsze była wobec nich bardzo opiekuńcza… Pamiętam, że to od niej dostałem i zjadłem pierwszy raz cukierka, bo przecież polskie dzieci nie mogły jeść łakoci, ale Pani Zofia, skądś je miała… Z Tadkiem buszowaliśmy po podwórku przy domu Kępińskiej się znajdującym. Skakaliśmy z półpiętra domu na stertę siana, rzucaliśmy do celu kamieniami i wchodziliśmy zawsze tam, gdzie nie wolno nam było, czyli  do pomieszczenia apteki, stanowiącego jakby jej zaplecze, w którym Pani Zofia robiła lekarstwa. Wszystkiego byliśmy ciekawi, szczególnie ja, bo Tadek miał to na co dzień, ale ja… Stały tam na długim stole rozmaitej wielkości białe miseczki, porcelanowe mieszadełka i tłuczki do rozdrabniania czegoś tam w tych białych miseczkach i znów aptekarska szalkowa waga, a przy niej odważniki, którymi pierwszy i nie tylko   raz mogłem się pobawić w ważenie czegoś tam, naturalnie, gdy Pani Zofia nie widziała. Pod ścianką jakiejś półeczki widziałem wiele równiutko poustawianych małych buteleczek, a na ścianie wisiały szafki… Zapewne w nich Pani Zosia skrywała składniki, z których  sama przygotowywała lekarstwa według recepty przepisanej przez doktora Zemplińskiego albo jakiegoś innego.

The topic in Kunena hasn't been created yet. Add your reply.
Our website is protected by DMC Firewall!