Spoglądając na przeciwną stronę ulicy, prowadzącej w prawo ku osjakowskiemu rynkowi, widzieliśmy trwający do dnia dzisiejszego gmach bożnicy, w której podczas okupacji mieścił się jakiś magazyn, nadzorowany przez Niemców, pilnujących pracujących w nim tylko Polaków. Nie przypominam sobie, co w nim się znajdowało lub co gromadzono.

Zaś po drugiej stronie, na rogu ulicy biegnącej w dół do rzeki, czyli „do Gieraków”, jak powszechnie mówiono, mieszkali Pawlakowie, ludzie bardzo oddani sprawie polskiej, szanowani mieszkańcy Osjakowa. Natomiast na przeciwległym rogu była piekarnia Gajdy, który miał bardzo szlachetną żonę, łagodną, choć wygląd jej, na pierwszy rzut oka, nie wskazywał na to. Gajdowie mieli dwoje dzieci – Basię i Tadeusza, z którymi lubiliśmy się bawić, bo w czas okupacji polskie dzieci też się w jakiś sposób bawiły.

Zaraz za tą piekarnią płynęła  struga ścieków wydobywająca się z cembrowin i biegnąca w dół ku rzece. Była to zapewne ówczesna osjakowska „smródka”. Za nią stała drewniana, ale zupełnie opuszczona przez ludzi drewniana chałupa. Nie wiem do kogo należała ani kto miał się nią opiekować. Nie było w niej drzwi, szyby w oknach były powybijane, a wewnątrz znajdowały się jakieś stare drewniane sprzęty – stół, ława pod oknem, stołki drewniane, które już nikomu nie były potrzebne. W zimie chata ta straszyła swym wyglądem, ale w lecie stanowiła ona dla nas dzieci z całej okolicy swego rodzaju schronienie przed okiem rodziców. Bawiliśmy się w przeróżne na poczekaniu wymyślane zabawy, których tematy dotyczyły życia dorosłych… Ba, braliśmy na niby również śluby, jak to dzieciaki…

Our website is protected by DMC Firewall!