Zaraz za tą drabiną był ogródek niewielki, ogrodzony zmurszałym i omszałym starym płotem.  Łacińska, jako gospodyni domu,  siała w nim jakieś warzywa, ba, nawet kwiatki rozmaite, pachnące i kolorowe.  O ile sobie dobrze przypominam, to rosły tam również dwa, a może i trzy krzaki porzeczek i jeden bardzo kolczasty agrest, który pysznił się przed innymi niby król nad królami. Właściwie owoców tego agrestu nikt nie jadł, bo jego bardzo myszata skórka jeszcze przed dojrzałością „obchodziła” jakimiś „myszyńcami, jak ja to nazywałem.

Na wiosnę, już po zniknięciu śniegu, wychodziły z rozmokłej ziemi pędy irysów, które później rozkwitały fioletowymi kwiatami. Obok ogródka znajdowała się studnia cembrowana z żurawiem i wiaderkiem do niego umocowanym. Tuliło się  do tej studni drzewko wiśni, o której mówiono, że to “szklanka”, a ja dziwiłem się tej nazwie, bo wiedziałem już, że szklanka jest naczyniem służącym do picia płynów. Pamiętam cierpki i kwaśny smak tych wiśni, ale w ustach dziecka jakże wówczas wspaniały.

Była też niewielka obórka, bo i krowa przez jakiś czas stanowiła własność Łacińskich. To zwierzę stało się świętością ogromną i hołubioną przez wszystkich. Przeze mnie również, gdyż dostawałem zawsze od gospodyni kupek ciepłego mleka zaraz po wydojeniu krasuli.

DMC Firewall is developed by Dean Marshall Consultancy Ltd