Za półtora roku i kilka tygodni po moim urodzeniu rozpoczęła się Tragedia Wrześniowa.

Podobno już kilka miesięcy przed nią głośno mówiono o tym, że Niemcy przygotowują się do wojny, ale w tym cichutkim Osjakowie jakoś nikt się tym nie przejmował, bo życie płynęło tam swoim wolnym nurtem, podobnym do leniwego biegu rzeki. I w tę cichą osadę, w której znali się wszyscy mieszkańcy i dobrze współżyli Polacy z bardzo licznymi wyznawcami mojżeszowymi, jak grom z jasnego nieba spadła wiadomość o rozpoczęciu wojny.

Jak mi później opowiadano, już w jej pierwszych godzinach droga prowadząca od Wielunia była zatłoczona uciekinierami pieszo idącymi, jadącymi furmankami i raz po raz, ale z rzadka, przemykającymi samochodami. Później, po latach, opowiadała mi Mama, że tamte wrześniowe dni były bardzo ciepłe, upalne niemal i dlatego nad drogami unosiły się tumany kurzu, który stanowił dodatkową udrękę dla uciekających. Ten kurz będzie towarzyszył tułaczom przez wiele, wiele wrześniowych dni.

A przed działaniami wojennymi uciekali wszyscy, bo wszyscy bali się Niemców. I my również musieliśmy opuścić nasz dom, nasze ładne, podobno, mieszkanie... I później dowiedziałem się, że na tę tułaczkę zdołaliśmy wziąć niewiele rzeczy, bardzo niewiele. Na chłopskiej furmance moja Mama i Babcia, cięgle mną się opiekujące, czuły się jeszcze bezpieczne, dopóki obok wozu szedł mój ojciec, prowadząc swój służbowy rower, marki „Łucznik”, bo w takie rowery wówczas byli zaopatrzeni policjanci.

The topic in Kunena hasn't been created yet. Add your reply.
Our website is protected by DMC Firewall!