Mieliśmy w Osjakowie rodzinę, ale tam tylko wstępowaliśmy, by się przywitać, a później udawaliśmy się do Zosi i Bronka Luczaków i przyjmowani u nich byliśmy ogromnie gościnnie. Pamiętam, że już od razu chciałem iść, by przywitać się z rzeką, ale nie, bo przecież trzeba było porozmawiać, wypić herbatę, a jeżeli była to niedziela koniecznie gromadnie iść do kościoła, gdzie Łuczakowie mieli swoją ławkę w pierwszym rzędzie zaznaczoną nawet tabliczką z ich nazwiskiem. Pamiętam, że nigdy nie wiedziałem, co się działo podczas mszy, co na kazaniu mówił, już dzisiaj świętej pamięci ksiądz Gawron, długoletni powojenny proboszcz parafii osjakowskiej. Boziu Droga, wybacz mi dzisiaj za to… Kręciłem się, spoglądałem na filary kościoła, na których tkwiły jeszcze numery oznaczające tych, którzy w świątyni byli lagrowani w czasie okupacji. Oglądałem też te wspaniałe witraże, rozglądałem się, by zobaczyć, kto siedzi i czy nie ma moich kolegów – Tadzia Pyszkowskiego czy Janusza Nierychłego, Stasia Canerta i ciągle myślałem, by msza jak najszybciej się skończyła, bo przecież rzeka, rzeka czeka…

Our website is protected by DMC Firewall!