Wiem również, że było bardzo ciężko z kupnem jakiejkolwiek żywności, po prostu czegokolwiek, co było przydatne w normalnej życiowej okupacyjnej rzeczywistości. Wspaniała, jak zawsze zresztą, osjakowska aptekarka, Zofia Pyszkowska, która widząc nadchodzący koniec Niemców, rozdawała ludziom za darmo lekarstwa, które w aptece jeszcze były, a wśród nich aspirynę i proszki od bólu głowy o nazwie „Kogutek”. Mama przyniosła w tajemnicy, bo jeszcze żandarmi mogliby się dowiedzieć, kilka takich „Kogutków”, kilka aspiryn, małą buteleczkę jodyny i chyba jeszcze jakieś skromne leki.

Pamiętam, że Babcia szyła plecaki – dwa duże i jeden mniejszy dla mnie przeznaczony. Mama mówiła, że nie będziemy więcej zabierali na ten czas ucieczki, gdy na nią przyjdzie pora, bo nie wiadomo jaki będzie nasz los… I to może były słuszne obawy Mamy, bo po Osjakowie rozchodziły się wieści, że gdzieś pod wsią Niemcy mają ukryte noże, którymi mają „wyrżnąć” wszystkich Polaków w Osjakowie.  Ponoć tak już robiono w wielu opuszczanych przez nich miejscowościach. Wieści te obok nadziei i radości z rychłej ucieczki okupanta jakąś ciemną chmurą zawisły nad zimą okrytym Osjakowem.

A zima wtedy była bardzo sroga – silne mrozy dawno skuły lodem rzekę, śnieg stwarzał prawdziwą gehennę w poruszaniu się nawet na najkrótszych odległościach. Okna w naszej izbie u Łacińskich były całe w prawdziwym lodzie. W pomieszczeniu była bardzo zimno, więc wszyscy chodziliśmy ubrani w taki sposób, by tego nie odczuwać. Najgorzej było z obuwiem nie tylko, jak wiem, u nas. Ludzie owijali stopy tak zwanymi onucami i bardzo często w wolną jeszcze przestrzeń w obuwiu upychali słomę.  W czasie okupacji  i jeszcze jakiś czas po niej wielu chodziło w tak zwanych trepach na z drewna wystruganej „podeszwie”. I było to „obuwie” bardzo trwale i nawet ciepło trzymało ze względu na gruby spód.

Our website is protected by DMC Firewall!