Bardzo często ulicą Wieluńską chodziliśmy w kierunku młyna i tartaku Strączyńskiego, gdzie dla nas działo się bardzo wiele ciekawych spraw. Tutaj znajdowaliśmy dla siebie zawsze jakieś interesujące tematy. Odważniejsi koledzy przechodzili po balach zatrzymujących wodę na wyspę. Na to ja nigdy nie miałem odwagi. Potrafiłem tylko przekroczyć dwa-trzy kroki, stanąć na jednym z nich i gapić się jakwoda płynie, jak szumi, jak obmywa spruchniłe już konary starego młyna, poruszając turbinę wyzwalającą prąd.

Na tę wyspę można było przedostać się w sposób bardzo łatwy, gdy rzeka zmarzła całkowicie i wówczas lód tworzył naturalne przejście.

W okresie lata z tej tamy młyna Strączyńskiego można było zobaczyć spienione i burzący się nurt rzeki. Ja nie odważyłbym się skakać w tę kipiel, który później zwalniał swój bieg i dalej płyną już swobodnie. Ale chętnych do tego rodzaju skoków było wielu. I dalej rzeka płynęła by połączyć się w okolicy Gieraków ze swą lewą odnogą.

Our website is protected by DMC Firewall!