Gdy piszę tę gawędę za oknem jest już późny jesienny wieczór, bo już jesień się u nas rozsiadła i jakiś czas nie będziemy mogli się jej pozbyć. Na samym jej początku czekamy tylko na „babie lato” i jego srebrnych nitek snujących się nad polnymi drogami i nad łąkami, i polami, bo w mieście ich nie zobaczymy. Później nie wiemy jak będzie, bo chyba tylko słota i szaruga, a one niosą przeziębienia i katary ze sobą.

To takie jesienne podarunki dla nas wielu. Musimy godnie przejść tę gehennę, choć męczy nas ona straszliwie. Teraz to już nie pomaga żadne hartowanie naszego nędznego ciała, wietrzenie pomieszczeń -- katar mamy i już... Okazuje się, że nawet na przepustkę z wojska chłopaki przyjeżdżają zakatarzeni, bo na nic im się przydała żołnierska poranna zaprawa ani jakaś tam musztra czy ćwiczenia. A my nic nie poradzimy na to, że mamy takie a nie inne pory roku...

Our website is protected by DMC Firewall!