Zaraz za pomieszczeniem, w którym produkowano ową oranżadę, była tak zwana „lodownia”. Do niej to jeszcze w zimie zwożono ogromne bryły lodu z pobliskiego stawu Kaczmarków. A może nie były one tak ogromne, ale dla mnie wszystko wtedy było wielkie...

Lód ten zabezpieczano przed roztopieniem grubymi warstwami trocin, które pan Śmigielski sprowadzał z tartaku Chmielewskiego z ulicy Rudzkiej. Lodownia ta stanowiła dla nas rodzaj twierdzy ustawicznie obleganej przez Indian. Co się wtedy działo! Naturalnie, że największe były guzy, ale nikt na nie zwracał uwagi. I mniej bolały niż te późniejsze… Rzadko udawało się tę naszą twierdzę zdobyć Indianom, zwłaszcza, że były nimi dziewczyny...

Dzisiaj trudno sobie wyobrazić te bryły lodu, które zasypane trocinami w stanie niemal nie zmienionym dotrwały zawsze do letnich miesięcy. Jeszcze w lipcu pani Śmigielska w specjalnej maszynce kręciła prawdziwe lody dla domowników i całej gromady dzieci. Taką bryłę lodu najpierw kruszyła na mniejsze kawałki i nimi obkładała metalowe naczynie podłączone przez zębatki do korbki i zaczynało się kręcenie. Dość długo to trwało, ale później radość była ogromna.

DMC Firewall is a Joomla Security extension!