Zawsze ten okres przedświątecznych oczekiwań przypomina mi czasy, kiedy nie było tylu sklepów, takich bogatych ozdób i wymyślnych zabawek, nie było kolorowych książek ani bardzo drogich barwnych atlasów. Zaraz po wojnie w naszym mieście istniały tylko dwa sklepy, w których mogliśmy kupować książki i jakieś tam zabawki. Jeden z tych sklepików księgarsko-zabawkarskich, jeśli tak można się wyrazić, były własnością pani Janowskiej, której w prowadzeniu go pomagała jej siostra – pani Tyszkiewiczowa i mieścił się on na samym rogu ulicy Kaliskiej i Nowego Rynku od strony kościoła. Lokal ten był niewielki, ale zawsze wypełniony towarem, bo obie panie starały się, by klienci ze sklepu wychodzili bardzo zadowoleni.

A czego tam nie było...

Od roku 1945 działało już w Łodzi Wydawnictwo „Czytelnika” i stamtąd zapewne na naszą Kaliską nadchodziły książki drukowane na bardzo nędznym papierze i sklejone taką samą ubożuchną oprawą z szarego pakowego papieru. Ale były, bo o książki zaraz po wojnie było bardzo trudno, tak jak i podręczniki szkolne. W sklepie tym można było jeszcze kupić zeszyty, „kajetami” je wtedy niektórzy nazywali, obsadki do stalówki, ołówki i ciągle łamiące się kredki, bibułę do wysuszania atramentu. Ten to ciągle „zalewał” nędzny papier zeszytu, zwłaszcza, gdy pisało się zwykłą „stalką”, a ze stalówek najlepsze były „krzyżówki”, następnie „redisówki”, później pojawiły się tak zwane „grafitówki”. O „wiecznym piórze” nawet nie marzyliśmy, a długopisów to jeszcze nie wynaleziono. W tym sklepie kupowaliśmy też atrament w pękatych kałamarzach i nosiliśmy go do szkoły, co często kończyło się zalaniem wszystkiego w tekturowym tornistrze.

DMC Firewall is developed by Dean Marshall Consultancy Ltd