Każdy z nas ma swoje miejsca, z którymi jest związany rodzinnymi wspomnieniami, przeżyciami lat dziecinnych i młodości. Tkwią one ukryte gdzieś na dnie naszego serca i może nie zawsze mamy czas lub ochotę wydobyć je z zakamarków, odgrzebać, odświeżyć i podzielić się z innymi. A może po prostu nam nie chce się myśleć o dawnych czasach, bo jesteśmy zbyt zmęczeni czy leniwi lub żyjemy tylko dniem dzisiejszym?

Postaram się w takim razie poprowadzić Drogiego Czytelnika spacerkiem ulicą Sieradzką, ale tą sprzed wielu lat, którą na pewno pamiętają jeszcze starsi mieszkańcy naszego i mojego miasta. Sądzę, że mam do tego pewne prawo, bo przy tej ulicy mieszkam przeszło pięćdziesiąt lat. Pamiętam niemal wszystkie jej przeobrażenia na przestrzeni tego czasu.

Stańmy więc sobie na samej „górce” tej ulicy, na środku jej wyboistej jezdni, a możemy sobie na to pozwolić, bo ruch przecież niewielki, samochody jeżdżą rzadko, od czasu do czasu przeczłapie koń ciągnący wóz na drewnianych kołach ściągniętych metalowymi obręczami, które dalej, nieco niżej, zaczynają rytmicznie stukać o bruk, czyli owe słynne „kocie łby”. A my patrzymy w dół i jakby całe miasteczko mamy na dłoni, bo z tej „górki” naprawdę było widać cały Wieluń. Wzdłuż ulicy po obu jej stronach rosły rzędy lip. Jak one pachniały podczas kwitnienia, ile pszczół zbierało z nich słodki nektar, a dzieciaki, wspinając się na gałęzie drzew, zrywały lipowe kwiaty, z których później w domu, w chłodne jesienne dni, parzono wspaniałą herbatę.

Our website is protected by DMC Firewall!