W jedenastej klasie, maturalnej oczywiście, bo wówczas był inny system i podział szkół średnich, języka polskiego uczyła mnie najwspanialsza polonistka, jaką kiedykolwiek udało mi się spotkać. A była nią przedwojenna absolwentka Wydziału Filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego – Pani Maria Niekrasz. Była wspaniałym pedagogiem, cudowną kobietą i wielką aktorką. Do tej pory pamiętam jej wykłady o Stanisławie Wyspiańskim, o teatrze, o Krakowie. Słuchaliśmy z zapartym tchem wszystkiego, co nam mówiła. A Ona stała na podeście katedry z dłońmi w teatralnym geście złożonymi i zaczynała: „U stóp Wawelu miał ojciec pracownię…”. I płynęły wspaniale słowa o autorze „Wesela”, a na innych lekcjach o „Zielonym Baloniku”, o Kazimierzu Przerwie - Tetmajerze. Cisza zalegała salę, nie słyszeliśmy nawet własnych oddechów ani bicia naszych serc, choć one biły przyśpieszonym rytmem, jakby chciały okazać miłość do Tej Wspaniałej Kobiety wpajającej nam miłość do literatury.

Na innej lekcji wielu z nas miało w oczach łzy, gdy Pani Maria recytowała sonety „Z chałupy” Jana Kasprowicza, podkreślając jego pochodzenie, wiersze tatrzańskie Tetmajera czy fragmenty prozy Jalu Kurka, którego nie było wówczas w spisie naszych lektur. A jednak Ona chciała nam i tego pisarza wyrosłego na Podhalu przybliżyć.

Była skromną kobietą, ale z twarzy Jej biło jakieś ciepło, pogoda ducha i zawsze na niej pojawiał się szczery uśmiech. Niektórzy bali się Pani Marii, a jeden z moich kolegów ze starszej klasy – Rysiu Bartodziejski, dowiedziawszy się o niespodziewanej klasówce z języka polskiego, salwował się nawet skokiem z pierwszego piętra. Nic mu się nie stało. Biedny był tylko rosnący pod oknem krzak pięknego bzu, który przez skaczącego został porządnie nadłamany.

Our website is protected by DMC Firewall!